eKsiazki.org Twoje centrum wiedzy o ePapierze i eBookach

25lis/10Wyłączony

Jak mieć ciastko i zjeść ciastko, czyli o znakach wodnych słów kilka

Jednym z powodów, jakie zgłaszają przeciwnicy Kindle, jest brak płatnych treści w języku polskim, które dałoby się kupić i odczytywać na tym urządzeniu. Powodem takiego stanu rzeczy są systemy DRM, które stosuje Amazon w swoim produkcie, a eKsięgarnie do zabezpieczania sprzedawanych przez nich treści. Obecnie sytuacja jest patowa - Amazon nie ma zamiaru wprowadzać innych systemów DRM do siebie, a inni nie mają możliwości użycia DRMu od Amazona. Czy w takiej sytuacji jest jakieś rozwiązanie, które pozwalałoby przygotować treści w uniwersalnej formie, dostępnej na dowolną platformę?

DRM to zło
Na wstępie należy podkreślić, że systemy DRM to traktowanie legalnego klienta, który płaci za produkt, jak złodzieja*. Sprzedawca, stosując system DRM, mówi wyraźnie: "Nie obchodzi mnie, że zapłaciłeś za dany towar, jestem przekonany, że i tak chcesz go ukraść, więc Ci to uniemożliwię, przestępco!". Jest to paradoks tym większy, że w przypadku nieautoryzowanego kopiowania tego typu niedogodności nie występują.

Dodatkowo systemy DRM nie są tanie. Konieczność standaryzacji doprowadziła do sytuacji, gdzie firmy de facto nie są w stanie sprzedawać swoich urządzeń, jeśli nie wspierają one systemu DRM opracowanego przez firmę Adobe - ADEPT. eKsięgarnie, które decydują się na skorzystanie z tego systemu, muszą kupować licencje na Adobe Content Server, który obsługuje zabezpieczone treści. Co więcej, Adobe pobiera stałą opłatę w wysokości 14 eurocentów od każdego sprzedanego eBooka zabezpieczonego ADEPTem, niezależnie od jego ceny. Koszty te sprzedawcy muszą sobie jakoś zrekompensować - i w efekcie mamy takie, a nie inne ceny eBooków.

Da się inaczej?
Skoro znamy obecną sytuację, warto zastanowić się, czy istnieje jakieś rozwiązanie, które jednocześnie satysfakcjonowałoby wszystkie zainteresowane strony. Oprócz oczywistego wyjścia - czyli zarzucenia wszelkich systemów zabezpieczeń - jest jeszcze jedno: znak wodny (ang. watermark).

Watermark oferuje pewne pozytywne cechy obu światów: jest zabezpieczeniem, które pozwala zidentyfikować właściciela pliku (jeśli zachodzi potrzeba dochodzenia swoich praw), a jednocześnie jest przezroczyste, więc nie wymaga od urządzenia wspierania własnego algorytmu. Oznacza to, że plik, który został zabezpieczony znakiem wodnym, możemy odtworzyć na dowolnej platformie (o ile, oczywiście, wspiera ona dany format pliku). Konsument nie musi się więc obawiać, czy jego eCzytnik poradzi sobie z takim plikiem, nie ma również odczucia traktowania jako potencjalnego złodzieja. Zatem mamy ciastko i zjadamy ciastko.

Systemy znaków wodnych są również tańsze, bowiem pozwalają dostawcom treści na swobodny wybór autora danego rozwiązania (odpada bowiem obawa o kompatybilność z urządzeniami). Dzięki temu można wynegocjować odpowiednią cenę nowego lub istniejącego rozwiązania, które może być np. pozbawione opłat związanych z każdorazowym użyciem go do zabezpieczania pliku. Możliwe jest nawet otworzenie przez pojedynczych wydawców własnych eKsięgarni (co jest niemożliwe, ze względu na koszty, w przypadku stosowania ADEPTa) - unikając pośrednika będą oni w stanie oferować jeszcze atrakcyjniejsze ceny.

Watermark od strony technicznej
Zasada działania znaku wodnego jest dwoistej natury - mamy znaki wodne jawne i niejawne. Do jawnych zaliczamy umieszczenie w sposób jawny w tekście danych nabywcy eBooka. Ma to za zadanie działać na psychologię konsumenta, zniechęcając go do nieautoryzowanego dzielenia się swoim plikiem - w końcu są tam jego dane, więc łatwo będzie go zidentyfikować jako winnego, prawda?

Ważniejszą częścią systemów znaków wodnych są jednak ich niejawne części. Ich dodawanie może się odbywać na wielu poziomach - tekstu (poprzez odpowiednie użycie tzw. "białych znaków"), metadanych czy binarnym (poprzez dopisanie jakiejś sekwencji bitów w różnych miejscach). To właśnie niejawne znaki wodne służą przede wszystkim do identyfikacji nabywcy.

Gdzie tkwi haczyk?
Oczywiście, jak każde rozwiązanie, tak i systemy znaków wodnych nie są pozbawione swoich wad. Najistotniejszą jest ich dość niska skuteczność. Aby pozbyć się znaku wodnego z tekstu wystarczą nam dwie różne kopie danego pliku. Z każdej z nich wyciągamy jedynie tekst, co sprawia, że odpadają nam wszystkie znaki wodne stosowane na innych poziomach. Dysponując dwiema kopiami tego samego tekstu, poprzez proste porównanie odnajdujemy różnice, a następnie je usuwamy. Dodatkowo z tekstu wyrzucamy informację o nabywcy - i oto otrzymujemy plik, który nie jest obarczony znakiem wodnym.

W przypadku obrazów, jak usłyszeliśmy od osób zainteresowanych tematem, wystarczy pięć różnych wersji danego obrazu, by poprzez nałożenie ich na siebie i odpowiednie modyfikacje pozbyć się znaku wodnego.

Czy to w ogóle istotne?
Należy się jednak zastanowić, czy użytkownik, który bez problemów będzie mógł używać kupionego przez siebie eBooka, będzie w ogóle zainteresowany usuwaniem takich zabezpieczeń. Nie rozważamy tutaj przypadków osób, które od razu nastawiają się na nieautoryzowane rozpowszechnianie treści - one bowiem poradzą sobie z dowolnym zabezpieczeniem - czy to będzie system watermakrów, czy DRM.

Skoro więc legalnemu konsumentowi nie będzie zależało na usuwaniu zabezpieczenia, należy uznać, iż zabezpieczenie spełni swoją rolę - powstrzyma go przed pokusą podzielenia się treścią z innymi (lub też, jeśli to zrobi, weźmie odpowiedzialność za czyny innych), a jednocześnie pozwoli na swobodne korzystanie z eBooka. Obie strony transakcji będą więc zadowolone - a o to przecież chodzi.

A co z Kindle?
Zaczęliśmy artykuł wspominając o Kindle, warto więc tak też go zakończyć. Dzięki zastosowaniu systemów znaków wodnych możliwe będzie przygotowanie zabezpieczonych eBooków w formacie MOBI, które będą mogły być odczytywane na urządzeniach od Amazonu - i to bez konieczności podpisania umowy z Amazonem o uzyskanie dostępu do ich systemu DRM.

Biorąc pod uwagę niezwykle optymistycznie informacje dotyczące sprzedanych w Polsce eCzytników Kindle 3, uważamy, iż pierwsza eKsięgarnia, która zdecyduje się na sprzedaż plików w formacie MOBI, zabezpieczonych watermarkami i gotowych do użycia na amerykańskim urządzeniu, zrobi niezwykłą furorę wśród użytkowników. Jest również prawdopodobne, że wdzięczni klienci nie będą się przy następnych zakupach zastanawiali nad wyborem miejsca, gdzie nabędą swój towar - zrobią to tam, gdzie potraktowano ich uczciwie.

Sądzimy również, że jeśli takie zmiany nie zostaną wprowadzone w najbliższym czasie, może się okazać, iż użytkownicy, którzy przecież chcą czytać książki na swoich czytnikach, wypracowali sobie metody nielegalnego pozyskiwania treści. W takim przypadku może być niezwykle ciężko przekonać ich, że powinni zapłacić za coś, co wcześniej mieli całkowicie za darmo. Jest jasnym, że taki scenariusz odbije się negatywnie na kieszeni tak twórców, jak i wydawców oraz eKsięgarni. Warto więc pomyśleć o przyszłości i edukować użytkowników - i to nie tylko pokazując negatywne konsekwencje ich działań (np. kary finansowe), ale również pozytywne aspekty "bycia legalnym", udowadniając, że jest to bezbolesne. No i będzie można się pozbyć instrukcji rejestrowania Adobe Digital Editions o długości 3000 znaków.

Jak uważacie - warto? A może sądzicie, że opowiadamy bzdury, a systemy DRM są najlepszym możliwym rozwiązaniem, które powinno być przeniesione na inne dziedziny życia? Albo są złem koniecznym, które musimy zaakceptować i powinniśmy przestać marudzić? Zapraszamy do dyskusji na naszym forum.

* Wyjaśnienie: stosowane w artykule określenia "złodziej" czy "kradzież" są uproszczeniami. W przypadku plików komputerowych takich jak eBooki nie można mówić o kradzieży, a jedynie o nieautoryzowanym kopiowaniu, jednak dla łatwiejszego odbioru tekstu zdecydowaliśmy się na użycie powszechnie stosowanych, choć nieadekwatnych określeń.

Zakres tematyczny: DRM, eBooki Komentarze wyłączone
Komentarze (0) Trackbacki (2)

Zostaw komentarz